Dziedziczenie ustawowe to wariant zastępczy. Felieton portalu planowaniespadkowe.pl
Dziedziczenie ustawowe to wariant zastęp[...]
Dokument PDF [154.1 KB]

Dziedziczenie ustawowe to wariant zastępczy.

Łukasz Martyniec

I.
Masz testament?
Nie? Podobno w Polsce tylko od 5 do 7% osób posiada testament...


A jednak śmiem twierdzić, że masz testament. Tylko o tym nie wiesz. Bo nie sporządziłeś go sam. Zrobiło to za Ciebie nasze Państwo. To księga IV kodeksu cywilnego: Spadki. Przecież coś się z tym majątkiem musi stać – nie wyparuje...


Zacznijmy może z innej strony:


Masz telefon komórkowy? Może smartfona? Jaką ustawiłeś tapetę? A dzwonki? Masz go właściwie spersonalizowanego? Tak pod siebie, żeby było Ci wygodnie. A laptopa? Tak samo? Kalendarz synchronizuje się z telefonem? No jasne. Przecież to Twój telefon, przecież to Twój sprzęt. Żyjemy w dobie indywidualizacji – każdy samodzielnie kreuje swoją rzeczywistość!


Dokładnie tak, jak mu pasuje.


A jak jest z Twoim majątkiem? Z Twoją firmą? Sam przecież do tego doszedłeś ciężką pracą. Sam to zbudowałeś. Panujesz nad nim? Jest przecież dokładnie tak, jak chcesz. Masz taki dom, jaki chcesz. Jeździsz autem, które Ci się podoba. Nie sąsiadowi. Tobie.


To dlaczego najważniejszy PLAN w swoim życiu, PLAN przekazania Twojego majątku najbliższym Ci osobom, masz dokładnie taki sam, jak Twój sąsiad?


II.
Jeśli faktycznie 5% dorosłych Polaków posiada testament, to znaczy, że 95% "zdecydowało się" na dziedziczenie ustawowe. Zdecydowało się poprzez zaniechanie – nie będę pisał testamentu, bo nie wybieram się jeszcze na tamten świat. To prawda – bez sensu jest o tym myśleć zawczasu, przecież zawsze odpowiednio wcześniej uprzedzą nas, że będziemy umierać i zdążymy coś zadecydować. Dostaniemy list polecony z wyznaczonym terminem....


Ale na poważnie. Na Zachodzie 30 – 40 % pełnoletnich osób ma sporządzone testamenty. Drugie 30 % o tym myśli. Pozostałe 30 %... nie ma czego zapisać. Ci, którzy posiadają większy majątek prywatny lub biznes, nauczyli się na podstawie doświadczeń swoich rodziców i dziadków, że testament mieć warto. To jedno z narzędzi do zarządzania majątkiem i powinien towarzyszyć nam przez całe życie. Zmieniając swoją treść adekwatnie do tego, co posiadamy i do naszych planów – co chcemy, aby z tymże majątkiem się stało na wypadek naszego odejścia. Tak samo, jak polisa na życie zabezpiecza finansowanie na okoliczność śmierci, tak dzięki testamentowi podejmujemy decyzję, co ma się stać z majątkiem czy biznesem. W Polsce dopiero się tego uczymy.

 

U nas przyjęło się, że przecież "jakoś to będzie" i że "potem się będą martwić". A przecież poprzez testament mamy jedyną (inaczej nie można) możliwość rozporządzenia własnym majątkiem na wypadek naszej śmierci. Poza tym liczy się właściwa forma prawna biznesu oraz treść umowy spółki (jeśli mamy spółkę), a także dobrze przemyślany plan finansowy, jeśli naszym najbliższym lub wspólnikom po naszej śmierci potrzebna będzie gotówka. Jest to jeden z podstawowych elementów decyzji, którą możemy podjąć.


Dlaczego wszystkie decyzje dotyczące zarządzania majątkiem "za życia" są dla nas tak ważne i potrafimy przez miesiąc spierać się z małżonkiem o lampę, która zawiśnie w łazience, o kolor samochodu, projekt domu czy ogrodu? A plan dysponowania majątkiem na wypadek śmierci pozostawiamy takim samym, jaki ma każdy, bo wynika z ustawy?! Dlaczego tutaj nie "personalizujemy" zarządzania swoim majątkiem i pozostawiamy to decyzji kogoś, kto po pierwsze w ogóle nas nie zna, a po drugie musi operować kategoriami ogólnej słuszności, z definicji równej i takiej samej dla wszystkich.

 

Bo przecież ustawodawca po to jest, aby stworzyć reguły ogólne, "dobre" dla wszystkich, które zadziałają awaryjnie – wówczas, kiedy sami nie skorzystamy z naszego prawa rozrządzenia majątkiem na wypadek śmierci. Czy jeśli coś jest dobre dla wszystkich, jesteś pewien, że dobre jest także w Twojej konkretnej sytuacji? W Twojej rodzinie? W Twojej firmie? Jeśli nie masz Planu Sukcesji – na to się właśnie zdecydowałeś!

 

III.
Zastanawiam się czasem, skąd to wynika?


Czy tylko z przesądów i ze strachu przed tematem umierania? A może dlatego, że jest to temat trudny i nie łatwo o tym rozmawiać w rodzinie? Po części pewnie tak. Nie mamy jeszcze właściwych nawyków.

 

A może z przeświadczenia, że przecież dziedziczenie ustawowe jest O.K.? Zawsze tak było, więc po co to zmieniać? Że ustawodawca jest racjonalny i nie zrobił tego źle, że wynika to z zasad słuszności, a z nimi nie powinno się dyskutować? Może i tak. Ale gdyby tak było – czy ten sam ustawodawca ustanawiałby sądy, aby dzieliły majątki zwaśnionych spadkobierców? Nie słyszałeś nigdy o sprawach spadkowych, które ciągną się latami? O popsutych relacjach rodzinnych? O tym, że po śmierci rodziców rodzeństwo nie było w stanie dojść do porozumienia co do prostego podziału majątku? A przecież dotąd rzadko był to spory majątek, dopiero teraz wyrosły większe...

 

Obawiam się, że przeświadczenie to wynika niestety z braku elementarnej wiedzy na temat podstawowych mechanizmów rządzących dziedziczeniem majątku prywatnego oraz tego, jak śmierć wpływa na ciągłość prawną i zarządczą w biznesie. Wiele osób, w rozmowie z którymi poruszałem te tematy, szczyci się posiadaniem zupełnie bezpodstawnego poczucia bezpieczeństwa. Gdyby posiadły odrobinę większą wiedzę oraz uruchomiły wyobraźnię – byłoby inaczej. Po prostu jest to temat skomplikowany, interdyscyplinarny i nawet rozmowa z prawnikiem czy notariuszem często niewiele daje.

 

Brak motywacji do poniesienia wysiłku i regulowania tych kwestii zawczasu wynika przede wszystkim z tego, że sami nie znamy swojej sytuacji – nie wiemy, co nas spotka, kiedy nagle okaże się, że zabrakło kogoś z rodziny albo wspólnika w spółce, w której uczestniczymy. Nie wiemy, jakie są procedury spadkowe i kiedy nie można przejąć spadku szybko i sprawnie, aby móc nim dysponować. Nie zdajemy sobie sprawy z konsekwencji na gruncie zarządzania majątkiem, z czym wiąże się współwłasność, jak działają procedury podziału spadku – ile to trwa i może kosztować. Pieniędzy oraz nerwów. Nie wiemy, jak wygląda zarządzanie majątkiem, kiedy jego częściowym właścicielem jest małoletnie dziecko. Jeśli dowiedzielibyśmy się tego dokładnie – zapewne podjęlibyśmy wysiłek, aby zapanować nad tym i coś z tym sensownego zrobić. Żeby to spersonalizować. W interesie tych, którzy zostają.

 

IV.
Sugeruję następującą strategię.
Siedząc przy stole jako rodzina (małżonkowie, rodzice z dorosłymi dziećmi), czy jako firma (właściciel firmy, właściciel i następca, wspólnicy, wspólnicy z rodzinami) wiemy tylko, co mamy na chwilę obecną. Jaki jest stan majątkowy, jakie jest zadłużenie, jak majątek powinien być zarządzany. Wiemy, jaki jest stan firmy, czy się rozwija, jakie decyzje podjąć w najbliższym półroczu czy roku, w którą stronę idzie rynek. Nie wiemy natomiast, kto i kiedy umrze. Ktoś na pewno. Kiedyś na pewno. Dlatego w pierwszej kolejności zróbmy symulację, co stałoby się z majątkiem, rodziną czy firmą DZISIAJ, gdyby WCZORAJ zabrakłoby którejś z osób kluczowych w rodzinie czy biznesie. Jednej albo kilku, bo jechaliśmy wspólnie jednym samochodem.


Śmierć każdego z nas wywołuje lawinę skutków: prawnych, finansowych, dotyczących zarządzania majątkiem prywatnym czy firmą. Mówię o jej obliczu z czysto majątkowej, czy gospodarczej strony. Zdecydowana większość tych automatycznych skutków utrudnia życie tym, którzy zostali. Niezależnie od czysto po ludzku pojmowanej straty – braku najbliższej osoby. W planowaniu spadkowym mamy dwie płaszczyzny.

 

Po pierwsze staramy się zidentyfikować i wykluczyć te prawne i finansowe skutki śmierci, na które się nie godzimy. Tak pod kątem procedur, dostępności i zarządzania majątkiem czy biznesem, jak też długów, które są do spłacenia (np. kredyty). To dotyczy każdego. Dokładnie każdego.

 

Po drugie – staramy się ułożyć plan przekazania majątku pomiędzy pokoleniami, czyli podjąć decyzję, które składniki majątku do kogo mają trafić, kto i z czego pokryje długi oraz kto kogo ma spłacić, jeśli majątek w rodzinie dzielony jest nierówno lub rodzina zmarłego nie wchodzi do spółki i należy jej się ekwiwalent. To w dużym skrócie. Jeśli nawet nie jesteśmy w danym momencie w stanie skonstruować pozytywnego planu, czyli zrealizować drugiej części, bo na przykład dzieci nie mogą się zdecydować, czy chcą przejąć firmę – zróbmy przynajmniej część pierwszą! Wyeliminujmy to, na co się nie godzimy. Zbudujmy system zabezpieczeń. Na wszelki wypadek, gdyby kogoś zabrakło nagle. Warto podjąć ten wysiłek. To jest racjonalne.


V.

Zwróć uwagę na to, jak zacząłem opis działań dotyczących przygotowywania strategii: "siedząc przy stole..."


Na tym właśnie polega planowanie spadkowe. Powinniśmy usiąść przy stole i przemyśleć wspólną strategię zarządzania majątkiem w rodzinie, tym bardziej w firmie. Razem.


Właściwie nie zdarza mi się pisać jednego testamentu. Każdy z nas żyje w jakimś otoczeniu rodzinnym czy konfiguracji biznesowej. Oczywiście podejmujemy te decyzje samodzielnie, ale nie powinniśmy tego robić w oderwaniu od zdania i opinii osób, których tak na prawdę to dotyczy: to oni będą realizować nasz testament, to oni przejmą majątek czy będą zarządzać biznesem. Przecież nie chcemy robić im krzywdy. Kochamy ich i szanujemy.


To działa też w drugą stronę. Kto Ci dał gwarancję, że umrzesz pierwszy? Chciałbyś być zaskoczony treścią testamentu Twojego rodzica, małżonka czy wspólnika? Jasne, że nie! Bo to się kończy w sądzie. Dalego warto razem przedyskutować istotne elementy tego planu. Skąd wziąć kapitał, jeśli trzeba kogoś spłacić? Jeśli podział majątku w rodzinie jest nierówny. Albo masz taką konstrukcję spółki, że prawo każe Ci w ciągu kilku miesięcy spłacić rodzinę wspólnika, która nie weszła do spółki. Co się stanie, jeśli nie będzie gotówki pod ręką? Czy masz pewność, że dostaniesz kredyt? Dlatego to powinien być system zabezpieczeń wzajemnych. System naczyń połączonych. I to bardzo dobrze przemyślany: pod kątem kruczków prawnych, podatkowych oraz finansów i zarządzania. Dopiero wówczas ma to sens.

 

Wiem, nie zawsze jest to łatwe i możliwe. Nie w każdej rodzinie. Nie w każdej spółce. Ale może warto spróbować podjąć ten wysiłek?

 

Zwróć uwagę na jeszcze jeden istotny szczegół. Teraz możesz o tym porozmawiać. TERAZ! Masz szansę przemyśleć, co ma się stać. Co chcesz osiągnąć, oraz czego chcesz uniknąć. Masz możliwość podyskutować z osobami zainteresowanymi i wyjaśnić im Twoje motywy podjęcia decyzji. Masz sposobność usłyszeć ich zdanie i przekonać się, czy Twoje motywy są słuszne, czy może są zbiorem pobożnych życzeń. Możecie o tym podyskutować i wypracować wspólny plan. Czasem wymaga to kompromisu. Warto do niego dążyć. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jeśli tego nie zrobisz TERAZ – bądź pewien: po Twojej śmierci nie będzie Cię już przy wspólnym stole. Nie będziesz miał szansy powiedzieć, co jest dla Ciebie ważne i jak chcesz, żeby się stało. Siłą faktów.


Aby zrobić to prawidłowo i skutecznie, konieczne jest zaangażowanie i interdyscyplinarna wiedza, zarówno na etapie definiowania ryzyk, jak też budowy i wdrażania Planu Sukcesji. Możesz zrobić to we własnym zakresie – wskazówki znajdziesz na portalu planowaniespadkowe.pl. Być może warto skorzystać ze szkolenia albo konsultacji indywidualnej.


Ale zanim... Odrobina praktyki!

 

VI.
Przykład.


Nie miejsce tutaj, aby dokładnie opisywać reguły dziedziczenia ustawowego, procedury związane z postępowaniem sądowym czy meandry dotyczące tego, jak zarządzać majątkiem małoletniego dziecka – czyli co Ci wolno jako rodzicowi. Teraz chciałbym przytoczyć jeden życiowy przykład, z którym miałem do czynienia osobiście. Chodzi o pokazanie mechanizmów generujących określone problemy przy zarządzaniu majątkiem. Mam nadzieję, że będzie to dla Ciebie motywacją, aby poszukać informacji na Twój temat oraz dokładniej przyjrzeć się swojej własnej sytuacji i porozmawiać o tym w rodzinie czy w firmie.


Jak KONKRETNIE działa wariant zastępczy?


Rozmawiałem swego czasu z panią Haliną, wdową po panu Jurku, architekcie. Opowiedziała mi o perypetiach, które przechodziła po śmierci męża. Byli małżeństwem od 11 lat. Nie mieli rozdzielności majątkowej, wszystkiego dorobili się po ślubie. Poza panią Haliną dziedziczyło z ustawy troje dzieci: Jaś i Małgosia (dzieci wspólne z mężem) oraz Krystian – syn pana Jurka z poprzedniego, nieformalnego związku. Krystian mieszka z mamą, panią Joanną. Pan Jurek płacił alimenty. Wszystkie dzieci małoletnie: podstawówka i gimnazjum.

 

Pan Jurek prowadził biuro architektoniczne. Miał spore projekty, nieźle zarabiał. Pani Halina nie była zaangażowana w jego działalność – jest nauczycielką w szkole podstawowej. Wcześniej udało im się zakupić kilka nieruchomości. Poza domem, w którym mieszkali, były dwa mieszkania pod wynajem, trochę ziemi na etapie przekształcenia na mieszkaniówkę oraz biuro pana Jurka. Łączna wartość nieruchomości na dzień śmierci ok. 4,5 mln złotych, kredyt hipoteczny na 1,2 mln zł. Zabezpieczony na domu rodzinnym i biurze. Rata 9.000 zł miesięcznie, przychody z wynajmu mieszkań: ok. 4.500 zł miesięcznie. Poza tym 200 tys. w jednostkach TFI, dwa samochody (jeden w leasingu na firmę męża) i trochę drobiazgów. Oraz pies.


Postawmy się na miejscu pani Haliny. Jak to właściwie działa?

 

Otóż w chwili śmierci małżonka małżeństwo wygasa i majątek małżeński dzielony jest na pół: połowę przypadło pani Halinie, druga połowa weszła do spadku po panu Jurku. W tej drugiej połowie partycypują cztery osoby: pani Halina, Jaś, Małgosia oraz Krystian w częściach równych. Dzieciom przypada zatem po 1/8 majątku wspólnego. Tak wygląda wpis do każdej z ksiąg wieczystych oraz do dowodu rejestracyjnego samochodu pani Haliny. Samochód pana Jurka zabrała firma leasingowa, bo umowa leasingu wygasła. Na majątku powstała współwłasność w częściach ułamkowych. Na wszystkim, co posiadali. Także na łyżeczkach w szufladzie w kuchni, meblach kuchennych i obrazach na ścianie. Oraz psie. Współwłasność to wspólne decydowanie o losie majątku oraz zarządzanie nim, w tym utrzymywanie i ponoszenie kosztów. Z kim pani Halina musiała się w tej sprawie dogadać? Z panią Joanną – matką Krystiana, która w jego imieniu zarządza jego ułamkową częścią całego ich majątku.

 

Ale zanim to się stało, czyli zanim w ogóle można było wpisać kogokolwiek do ksiąg wieczystych czy dowodu rejestracyjnego pojazdu, konieczne było przeprowadzenie postępowania spadkowego. Nie można przecież dysponować majątkiem, jeśli nie mamy tytułu prawnego do spadku. Musimy formalnie udokumentować, że jesteśmy współwłaścicielami.


Pani Halina udała się z tym do notariusza, aby załatwić akt poświadczenia dziedziczenia. Podobno można to przeprowadzić w tydzień aby zacząć od razu dysponować nieruchomościami. Niestety notariusz, kiedy dowiedział się, że dziedziczą małoletnie dzieci, odesłał ją do sądu spadku. Tym bardziej, że pani Halina nie wiedziała, jak nawiązać kontakt z panią Joanną...

 

Pierwsza rozprawa miała się odbyć za dwa miesiące. W międzyczasie pani Halina przypomniała sobie, że przecież mieli TFI i może wybrać pieniądze. Niestety okazało się, że w TFI uposażeni są Jaś i Małgosia, a fundusz zażądał zgody sądu rodzinnego  na zadysponowanie pieniędzmi dzieci. Wcześniej tego nie robili, ale ostatnio zaostrzyli procedury. I słusznie, bo prawo tego wymaga. Poza tym przy umorzeniu jednostek potrącany jest podatek od zysków kapitałowych od całości uzyskanej przy sprzedaży kwoty. Koszt zakupu poniósł pan Jurek – dzieci "odziedziczyły" jednostki za darmo i nie mają kosztów nabycia. Jeszcze jedno: uposażenie dotyczy kwoty stanowiącej równowartość 20-krotności średniej krajowej, zatem trochę ponad 70.000 zł. Jednostki TFI przekraczające tą wartość weszły do spadku, zatem, aby je umorzyć, trzeba mieć po pierwsze dokument potwierdzający nabycie spadku, po drugie zgodę sądu rodzinnego, po trzecie zgodę pani Joanny jako opiekunki Krystiana. Krystian ma przecież 1/8 każdej jednostki z osobna. Czyli na razie z gotówki nici...


Tymczasem przyszedł termin rozprawy sądowej. Pani Joanna zjawiła się z adwokatem i oświadczyła w imieniu dziecka, że Krystian przyjmuje spadek z dobrodziejstwem inwentarza. Przecież musi wiedzieć, co było w spadku. W sumie nie mogła nawet inaczej, bo na przyjęcie spadku wprost albo na odrzucenie spadku konieczna jest zgoda sądu rodzinnego, co wymaga przeprowadzenia osobnej procedury. W związku z powyższym sąd spadku zarządził sporządzenie spisu inwentarza majątku spadkowego. Powołał jednocześnie komornika, który miał to uczynić i zawiesił postępowanie do czasu zakończenia czynności. Komornik przystąpił do spisu trzy miesiące później – ma przecież sporo spraw. Na początek stwierdził, że skoro w skład spadku wchodzą nieruchomości, musi powołać biegłego rzeczoznawcę, który dokona ich wyceny. Zajęło to kolejne trzy miesiące. Kosztowało spadkobierców ponad 7.000 zł. Spis inwentarza ma sens wówczas, kiedy chcemy ograniczyć swoją odpowiedzialność za długi spadkowe, tj. kiedy ich wartość przewyższa wartość aktywów, które są w spadku. W tej sytuacji było dokładnie odwrotnie – kredyt był wielokrotnie mniejszy, niż wartość majątku. Spis do niczego się nie przydał (poza tym, że p. Joanna miała pełną jasność, co jest w spadku...).

 

Całość procedur trwała jednak dokładnie rok. W międzyczasie nie było dostępu do majątku – bez prawomocnego postanowienia sądu nie można było zarządzać nim, tj. czegokolwiek sprzedać, umorzyć jednostek TFI, zmienić obciążenie na księdze wieczystej przy okazji renegocjacji umowy kredytu, itd.


A co z firmą? Oczywiście działalność wygasła. Pani Halina nie miała możliwości ani ochoty kontynuowania jej i trzeba było jedynie załatwić formalności. Na szczęście było tylko dwóch pracowników, nie było kredytów ani dotacji unijnych, więc udało się stosunkowo szybko.

 

W międzyczasie do pani Haliny zapukał bank z pytaniem, co dalej z kredytem. Niezależnie od śmierci męża – pani Halina jest przecież kredytobiorcą. Firma pana Jurka przestała istnieć, a wraz z nią przychody i zdolność kredytowa. Pensja pani Haliny ledwo wystarczała na skromne życie, przychody z najmu mieszkań nie pokrywały nawet połowy raty. Nie było mowy o wynajęciu biura po firmie pana Jurka, bo pani Halina nie miała tytułu prawnego do lokalu. Poza tym pani Joanna żądałaby 1/8 czynszu dla Krystiana. Było jeszcze trochę oszczędności, które pozwalały na spłacanie kredytu przez okres 4-5 miesięcy, ale to też się kończyło. Saldo kart kredytowych sięgnęło dna. O sprzedaży jakiejkolwiek nieruchomości nie było mowy. Nawet, jeśli okazałoby się, że postępowanie spadkowe zakończyło się wcześniej i można byłoby formalnie sprzedać mieszkanie – konieczna była zgoda sądu rodzinnego. Nie można bez zgody sądu dysponować majątkiem dziecka. A sąd – ma takie prawo – mógł zażądać przelania odpowiedniej części ceny uzyskanej ze sprzedaży na konto każdego z dzieci. W imieniu Krystiana na pewno postarała by się o to pani Joanna. Nie wspominając o podatku dochodowym po sprzedaży nieruchomości w ciągu 5 lat od nabycia. Dlatego bank miał prawo wypowiedzieć umowę kredytu i zażądać natychmiastowej spłaty. Umorzenie jednostek TFI tylko częściowo pomogło, zwłaszcza, że po podatkach i rozliczeniach ocalało niewiele pieniędzy.


Jakby tego było mało, panią Halinę czekało rozliczenie z Krystianem. Miał przecież 1/8 jej domu, każdego z mieszkań, działek i biura. Nie licząc łyżeczek w szufladzie, jednostek TFI, obrazów na ścianie i samochodu. Oraz psa. Bez spłaty w wysokości ok. 440.000 zł trudno było liczyć na normalne funkcjonowanie. Na podział majątku oraz wysokość rozliczeń musiała uzyskać zgodę sądu rodzinnego, który ma obowiązek patrzeć na dobro dziecka. Kolejne, kilkumiesięczne postępowanie sądowe...


I co? Jak to widzisz teraz? Postaw się na miejscu pani Haliny? Czy teraz sądzisz, że warto się tym tematem zająć na serio? Nie jesteś ciekaw, jak działa to u Ciebie? I czego jeszcze nie wiesz? Założę się, że wiele Cię zaskoczy!

 

Nie wiem na ile opisana powyżej sytuacja pasuje do Twojej, natomiast chodziło mi przede wszystkim o opisanie podstawowych problemów. Zastanów się, czy Twoja motywacja do zbadania własnej sytuacji i oceny, na ile "wariant zastępczy" spełnia Twoje oczekiwania, po zapoznaniu się z tym przykładem wzrosła, czy zmalała? Czy warto jednak przyjrzeć się własnej sytuacji zawczasu i przeanalizować ją z punktu widzenia osoby, która pozostaje? I musi stawić temu czoła.

 

Łukasz Martyniec

CYTAT:

Mama zawsze mówiła, że umieranie jest częścią życia.

 

Forrest Gump

Właścicielem

portalu jest:

Jesteś...

Gościem na              

naszym portalu!

Zapraszamy na nasz fanpage na facebooku.

 

Kliknij:

Znajdziesz tam jeszcze więcej materiałów i bieżących informacji. 

Uwaga! Nasz portal korzysta z COOKIES! Jeśli wyrażasz zgodę na automatyczne działanie plików Cookies, będą one zapisywane w pamięci Twojej przeglądarki. Opis polityki korzystania z nich oraz sposoby ich dezaktywowania, jeśli nie wyrażasz zgody na ich wykorzystywanie, znajdziesz tutaj.